Delfinoterapia - Ukraina, Chmielnik 2013

W terminie 01-11 maj 2013 Ewunia była na delfinoterapii w Chmielniku na Ukrainie. Wyruszyliśmy już 30 kwietnia około południa. Jakby tego wszystkiego było mało, mamusie 5 dni przed wyjazdem dopadła ostra rwa kulszowa (nie mogła nawet wstać, przekręcić się na bok). Na szczęście seria silnych zastrzyków i garści leków przeciwbólowych sprawiły, że dała rade spakować całą rodzinkę…. W godzinach wieczornych dojechaliśmy do Tomaszowa Lubelskiego. Zatrzymaliśmy się na nocleg w hotelu. Rano o godz. 7.30 była zbiórka całej grupy. Po godzinie 8 wyjechaliśmy w ddłłuugggąąą podróż. Na Granicy spędziliśmy ok. 1 h. Ale tylko tak krótko, bo organizatorka wyjazdu Aneta Hrywas powiedziała celnikom, że jedzie grupa dzieci niepełnosprawnych. Po przekroczeniu granicy zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej – wymiana waluty na Hrywny, tankowanie samochodów…. I wyruszyliśmy dalej.
Drogi na Ukrainie są jedne z najgorszych na świecie… w porównaniu nasze polskie drogi są wspaniałe ;) nie narzekajmy na polskie dziury!!!!! Na nich tylko buja i kołysze… na ukraińskich urywa koła.

Od granicy do samego Chmielnika – ok. 400 km jechaliśmy 12 h! były 3 krótkie postoje. Cała kolumna samochodów chyba ok. 17  miała nie lada wyzwanie – jazda po dziurkach ukraińskich ;) na szczęście tylko 1 auto złapało gumę…. Nikomu nie urwało koła….
W godzinach wieczornych dotarliśmy wszyscy zmęczeni do Chmielnika. Z uwagi że grupa majowa była bardzo liczna, zajęło trochę czasu zakwaterowanie wszystkich. MY mieszkaliśmy w kawalerce w jednym z bloków. Mieszkanko w porządku. Czysto, schludnie… niedawno był remont. I na szczęście nie śmierdziało papierosami ;) czego mamusia obawiała się najbardziej ;)
1 maja rano o 9 wyruszyliśmy cała ferajną na basen. Ok. 5 minut od mieszkania był Basen. Stary… jakby z innych czasów ;) no ale… najważniejsze były przecież delfinki. Jedna rzecz była dziwna…. Basen znajdował się na piętrze…. Dzieci nie chodzące musiały być wnoszone… Ewa waży 14 kg… ale były i większe –cięższe dzieci…. Brak windy… no ale takie są realia naszego świata… Spotkanie z panią doktor, krótka rozmowa. Przy konsultacji był z nami mąż Anety Hrywas – Tolek (w ogóle obydwoje byli ekstra, wspaniali organizatorzy. Rodzice niepełnosprawnego Wiktorka).

Wyznaczono nam zajęcia na 9.45. Na pierwsze spotkanie z delfinkami ubraliśmy Ewcie tylko w 1 którą piankę, którą kupiliśmy w sklepie sportowym. Początkowo Ewa cieszyła się… jednak po 30 sek delfinek dmuchnął w Ewe powietrzem z woda – i był wrzask… całe 15 minut przez pierwsze 3 dni Ewa wpadała w histerie jak tylko ją podawaliśmy terapeucie… Jednak 4 dnia już nie wytrzymaliśmy i spróbowaliśmy z bajką na tablecie ;) I SUKCES!!! Ewa śmiała się i wyciszyła się. Spokojnie leżała i oglądała Elma, Rarę, Popolo ;) a delfinek działał… pływał przy głowie Ewy i śniupką dotykał Ewy głowy… co jakiś czas wynurzał się wydmuchiwał powietrze Ewa tylko mrużyła oczy, ale skupiała się na bajkach ;) i tak bajka uspokoiła naszą mała syrenkę ;) Po każdej delfinoterapii był jeszcze masaż. Codziennie Ewa miała jeszcze rehabilitację – prywatną płatna 60 zł /h. U wspaniałej fizjoterapeutki Magdy (mamy niepełnosprawnego Filipka). Potem mieliśmy już czas wolny. Chodziliśmy na spacerki, spaliśmy… pełen relaks…

Zdjęcia z delfinoterapii


Wyjazd kosztował nas ok. 7-8 tys (przygotowania, paszporty, ubezpieczenia, jedzenie, leki (zapas jak na rok)). Ale było warto…